Twórcy arrow Niezła A. arrow Piaskownica i tipsy w ciasnym mundurku szaleństwa.
 
     
Piaskownica i tipsy w ciasnym mundurku szaleństwa.
Niezła A.
Autor: Baśka   
27.09.2008.
 

Kiedy w połowie sierpnia  w drzwiach mojego mieszkania zobaczyłam sąsiadkę dźwigającą piaskownicę ogrodową w jednej ręce i wiaderko piasku w drugiej, w pierwszym momencie pomyślałam, że macierzyństwo uderza nam tak skutecznie do głowy, że zgodnie życzeniem jej trzyletniego Misia plac zabaw jednak  będzie w domu. Z osłupienia wyrwała mnie ona sama pytając czy nie przyjmę od niej w prezencie piasku, wiaderka, zabawek  i piaskownicy właśnie.

Pytaniem tym wprawiła mnie w jeszcze większe osłupienie i gdyby nie fakt, że stać w drzwiach wieki siłą rzeczy nie można, stałabym tam pewnie  do dziś analizując, o co chodzi. Na szczęście dla nas obu padło jej sakramentalne „wyjeżdżamy” i wiedziałam już wszystko. Irlandia, branża budowlana, mąż, po roku  pracy, umowa na czas nieokreślony podpisana wczoraj, dziś się pakują, jutro wyjeżdżają. Bilety, ubezpieczenie, jakieś lekarstwa w zapasie dla Misia. „Nie, nie, nie. Piaskownicy nie musisz oddawać, my nie wracamy – mam nadzieję” - dodaje.

Żaden z podręczników savoir vivre nie nauczył mnie jak zachować się w takiej sytuacji. Gratulować? Trzymać za rękę w porozumiewawczym geście „jestem z Tobą”? Klasnąć w dłonie? A że na nic innego w tamtym momencie nie było mnie stać, niewiedza moja zaowocowała pospolitym „O Boże” - dość wygodnym w wielu sytuacjach – tej także.

Emigracja, którą znam z pokolenia moich rodziców wyglądała zdecydowanie inaczej. Dramatyczniej. Emigracja, którą znam -  ta jeszcze z przed epoki „Goodbye Lenin” – była bliższa cichego, wręcz konspiracyjnego  przemykania przez granicę pod osłoną nocy i, co ważne, nie zawsze legalnie. Przyczepy kempingowe „NIEWIADÓW” zapakowane po szyby wiozły dorobek życia ówczesnych trzydziestolatków niby na wczasy, niby do NRD, niby na dwa tygodnie. Wracali po kilku latach, gdy już mogli, po rodzinę, po to by sprzedać dom, pokazać znajomym dobry samochód, żeby przy okazji zachwalić życie TAM używając do tego łamanej polszczyzny z koniecznie zachodnim akcentem. Bez znaczenia jakim. Wreszcie emigracja, którą znam to Polonia, z którą zetknęłam się podczas mojego dwuletniego pobytu za granicą (kończyłam wtedy studia), to jakieś 10 – 15 lat po tym jak żegnali ją moi rodzice.

Ci, którym udało się w krótkim czasie po wyjeździe opanować język do poziomu zadowalającego Aborygenów, doceniani przez uczciwych pracodawców, zajmują godne miejsce w tamtejszym społeczeństwie. Spłacone kredyty, praca biurowa,  wakacje w ciepłych krajach dwa , trzy razy do roku i dzieci kończące (tak jak ja wtedy) studia w całkiem dobrych uczelniach były nagrodą za poniesione ryzyko wyjazdu.

Ci z kolei, którzy więcej w sobie mieli odwagi (żeby w ogóle wyjechać z kraju) niż świadomości, co z tym życiem tam na obczyźnie zrobić, mimo pływania po powierzchni  dobrobytu zachodu nie uczestniczyli w nim w ogóle, a bariera językowa – która była, jest i w ich przypadku będzie już zawsze barierą nie do pokonania – blokuje ich nie tylko w kwestii czytania gazet, czy pracy (wyłącznie praca fizyczna) ale również a może powinnam napisać przede wszystkim, w kwestii zapewnienia dzieciom dobrego startu. Ci drudzy  pytani przeze mnie jak im się żyje zachwalali wszystko: „socjal”, porządek, możliwości „ich” kraju. Ci pierwsi za to uśmiechając się do mnie mówili: „trzeba żyć, wnuki już nie tęsknią”. Smutna prawda tych słów to fakt, że  emigracji żyje się dobrze dopiero w trzecim pokoleniu, bo jak sami mówią już się nie żyje w tzw. rozkroku pomiędzy „tu i teraz” a „heimatem młodości rodziców”,  i – to dla nich najważniejsze - już się nie tęskni. Przyczyna jest prosta: z  kraju przodków mentalnie w głowie zostają tylko „pierogi” robione przez babcię i Kraków widziany oczami dziecka, bajkowy.

Zostałam z Misiem, pozwalając tym samym zabieganej sąsiadce spokojnie zapakować najpotrzebniejsze rzeczy. Dwie niewielkie walizy. „Po co mam wszystko brać? TAM kupię. Na wyprzedażach. TAM są, wszystko TAM  jest”.

Martwię się. Ja zostająca TU się martwię.

Nie tylko dlatego, że w pewien sposób tracę „młodą mamę z sąsiedztwa”, koleżankę, towarzyszkę rozmów o kupach konsystencji i zapachu zgniłego jogurtu,  ale dlatego, że jakoś nie wyobrażam sobie jej – tam. „TAM BĘDĘ ROBIĆ TIPSY” – mówi do mnie drukowanymi literami, bo za pierwszym razem nie zrozumiałam chyba i proszę, żeby powtórzyła do mnie ten komunikat.  Powtarza więc głośno, dziewczyna po studiach wyraźnie akcentując każde słowo i szybko pokazując mi „zestaw startowy” kupiony na szybko, przez Internet, wraz z kursem poglądowym na temat stylizacji paznokci na dvd.

Tego dnia problem pierwszych stron gazet dotknął mnie w sposób bezpośredni a dość abstrakcyjne liczby wizualizujące skalę emigracji zarobkowej powiększyły się w moim subiektywnym odczuciu o jedną rodzinę. 2+1. Łącznie 3. Słownie: trzy.

Miś od września nie poszedł do przedszkola w towarzystwie mojej córki.  Podobno wszyscy  mają się dobrze. Podobno. Dzwonili w zeszłym tygodniu.

Gdy ostatnio analizując, co się stało na „moim własnym podwórku” zastanawiałam się nad państwowością naszego kraju w kategoriach ogólnych doszłam do wniosku, że obserwowany przez wszystkich z ogromną ciekawością exodus dotyczy ludzi, którzy stracili nadzieję.Ci, którzy stracili nadzieje wiedzą, że TU nic się nie zmieni. Kolejny garnitur władzy przymierzy kolejny nowy krawat nabyty za pieniądze podatników, kolejna nowa władza opracuje kolejne metody uzdrawiania państwa,  kolejne wybory (przedterminowe – koniecznie) napędzą koniunkturę domorosłych specjalistów marketingu politycznego, a wydane na  kampanie reklamowe pieniądze, wszystkie firmy branży medialnej odnotują jako pik na swoich wykresach przychodów.

Codziennie  wieczorne programy informacyjne dostarczają mi newsy o tym, co się dzieje w korycie kasty rządzącej (miało być napisane: w korytarzu klasy politycznej) jedyne, z czego się mogę teraz cieszyć w sposób autentyczny  to fakt ożywienia  sceny kabaretowej. Jeszcze moment a kabaret śmieszyć mnie będzie tak jak w PRLu Smoleń moich rodziców i aż strach pomyśleć,  co z tego wyniknie, bo IV Rzeczpospolitą już mamy podobnie jak Francja miała już kiedyś swojego cesarza Francuzów i wcale im to na dobre nie wyszło. No ale – Napoleon był jeden! A my mamy dwóch. I choć historia zna przynajmniej kilka przypadków tandemów braterskich, w tym i politycznych, to takiej jazdy jak na naszym dwukołowym rowerku z jedną li tylko słuszną kierownicą świat jeszcze nie wiedział. Bo biorąc pod uwagę spodziewany finał gdy pedałuje dwóch a rower jest tylko jeden no i gdy w ramie brakuje kilku śrubek, bo wcześniej ktoś ukradł, to na bank będzie kraksa i jak nic rządy radykałów rewolucją skończyć się muszą. I dlatego właśnie z gigantyczną  ulgą  i rozbawieniem przyjęłam nagranie, które ukazało się w węgierskiej TV demaskujące polityczne gierki tamtejszego rządu. Pomyślałam też sobie, że nareszcie świat nie śmieje się tylko z nas. A jak nasz rower, używając języka zdaje się, że już parlamentarnego -wyrypie do rowu, to będzie można mówić o „prawie serii” lub „trudnym etapie transformacji krajów byłego bloku”, każdy wie jakiego.

Po wyborze Opalonego na stanowisko wice premiera, w pierwszym momencie świat dla mnie stanął w miejscu na chwilę, a potem już nic nie było w stanie mnie ani zszokować ani zdziwić ani nawet wywołać dobrego na każdą okazję „O Boże”.  Opalonemu zawsze towarzyszy huk więc i odejściu z tzw: hukiem się nie dziwiłam. Jedynym elementem - tak to dobre słowo – jedynym zatem elementem przerastającym  moją wyobraźnię oraz poczucie sensu jest Wysoki. Najważniejszy resort w państwie. Podstawa, podwaliny naszej przyszłości, praca u podstaw, jak by tu jeszcze patetyczniej, edukacja i młodzież po prostu - wyrastają i  kształtują się na gruncie uklepanym przez idiotyczne decyzje niefrasobliwego człowieka. Kim będzie moje dziecko po przejściu przez szczeble edukacji szkół Giertycha? Czy będzie patriotą? Nie wiem ale z całą pewnością przez brak godzin wf może mieć szanse na skrzywienie kręgosłupa. Czy znajdzie szybciej pracę? Nie wiem ale z całą pewnością „Transatlantyk” będzie dla niej obco brzmiącym słowem a przy Krzyżakach w gimnazjum na pewno wyzionie ducha. Czy mundurek uczyni ja lepszym człowiekiem? Nie wiem ale z całą pewnością zapyta mnie kiedyś dlaczego my nie wyjechaliśmy z tego kraju WTEDY i TAM.

Emigracji ciąg dalszy. Po hydraulikach, fryzjerkach, kosmetyczkach i pielęgniarkach, ludziach po studiach i bez kolejną grupą, na którą stawiam w kategoriach emigracyjnych będą … nauczyciele. Konieczność powstawania polskich szkół w krajach Unii zapuka do naszych drzwi tak samo niespodziewanie jak moja sąsiadka do mnie w te wakacje. Zaledwie nieliczny procent, może promil emigracji zarobkowej  zna język na poziomie akademickim tak, żeby pomóc własnym dzieciom w szkole, wskazać błędy w wypracowaniu, podpowiedzieć ładniejsze, bardziej trafne sformułowanie, zrozumieć treść zadania chemii. I łudzą się ci, którzy myślą, że szybki kurs dla obcokrajowców i dwie konstrukcje czasowe załatwiają sprawę, bo potrafią porozumieć się płynnie w sklepie, u lekarza i z pracodawcą. Wybór będzie pomiędzy szkołami wyrównującymi poziom emigrantów gdzie chodzą dzieci z dzielnic potocznie nazywanych slumsami a elitarnymi szkołami, gdzie próg czesnego będzie pierwszym i ostatnim progiem, którego mogą nie pokonać nasi rodacy. Pułapka w którą wpadają już na samym początku to przeliczanie ich potencjalnych dochodów TAM na koszty życia TU. Na powrót jest czasem za późno. Pozostaje stanie w rozkroku na miedzy szalonego państwa i kariery w kebab barze. Historia zatoczy koło. Niecierpliwie więc czekam na ponowny rozkwit literatury emigracyjnej. Może nawet urodzą  się  jakieś perełki? Kwestia czasu myślę. To naprawdę kwestia czasu.

Mój polonista w liceum tłukł nam do głowy w kółko jedno zdanie – „Lektury szkolne są po to żebyście wiedzieli, że są  - przeczytajcie je raz jeszcze wtedy, kiedy przyjdzie na to ich czas.” W myśl tej teorii po Treny sięgnęłam gdy córka miała 2 lata, łzy płynęły same a ta przeklęta staropolszczyzna była tak przeraźliwie ludzka. Mój polonista mówił nam, że po Ferdydurke mamy sięgnąć jak już okrzepniemy, dojrzejemy do głębi, gdy stać nas będzie na refleksję płynąca gdzieś z wnętrza naszego ja, naszego my, naszego tu i teraz. „Po trzydziestce, po czterdziestce, sami wyczujecie kiedy” – mówił. Ten moment – moment dojrzałości - u ludzi, kasujących Gombrowicza z listy lektur obowiązkowych mam wrażenie nigdy nie nadejdzie. Czy tracę nadzieję? Jeszcze nie, choć – już nie mam złudzeń.

Myślę sobie też, że jak się skręca cały czas w prawo to albo się jeździ w kółko tańcząc taniec chocholi  albo się wjeżdża do rowu psując tym samym rower. Czy stać nas na nowy?

Pierwsze liście przykryły plastikową piaskownicę ogrodową przed naszym domem. Trzeba posprzątać, myślę. Na resztę poczekam. To wszystko  przecież kwestia czasu.

Naprawdę kwestia czasu.

 

Zacytuj na swojej witrynie Drukuj Powiązane artykuły

Komentarze użytkowników  RSS z komentarzami
 

Średnia ocen użytkownika

   (1 głos)

 

Pokaż 1 z 1 komentarzy

1. 19-01-2009 02:32

Świetny
Świetny tekst ! 
Pozdrawiam, 
J.
paxdedue Joanna Misiak

Pokaż 1 z 1 komentarzy

Dodaj komentarz!



mXcomment 1.0.7 © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
następny artykuł »
   
 
 
 
Wszystkie prawa zastrzeżone - Centrum Handmade, prezenty, upominki, drobiazgi, rękodzieło | Projekt szablonu - CanaanDesign, adaptacja - Centrum Handmade i Żywe Srebro, biżuteria
Powrót do góry